sobota, 31 stycznia 2015

Ekwador - przydatne informacje



Polacy nie potrzebują wiz na pobyt do 90 dni na terytorium Ekwadoru. Po kraju poruszamy się głównie autobusami które są najtańsze w Ameryce Południowej. Za godzinę jazdy zapłacimy średnio 1 USD. Trzeba uważać na drobnych złodziejaszków, straszą wszędzie – jednak według mnie Ekwador jest wyjątkowo bezpieczny. Brak obowiązkowych szczepień. Internet powszechnie dostępny jednak zwykle potrzebujemy hasła.

Przykładowe ceny:               
Autobus granica z Peru - Machala: 2.25 USD.
Autobus Machala – Guayaquil: 4 USD.
Autobus Guayaquil – Cuenca: 6 – 8 USD.
Autobus Cuenca – Banos: 5 USD.
Autobus Banos – Pailon del Diablo: 0,45 USD.
Taksówka do Casa del Arbol: 15 USD.
Wstęp Pailon del Diablo: 1,5 USD za każdy z punktów widokowych.
Wstęp Casa del Arbol: 1 USD.
Wspinaczka Chimborazo: 350 USD za jedną osobę. 250 USD za osobę przy dwóch.
Autobus Banos – Quito: 4 USD.
Przejazd Quito – Mitad del Mundo: 0,45 USD.
Wstęp Intian Museum: 4 USD.
Przejazd Quito – Granica z Kolumbią: ok 5 USD.
Pizza (kawałek: 1,5 – 2,5 USD
Empanada: 0,5 – 1 USD.
Piwo: ok 1 USD.
Kawa: 0,5 USD.
Nocleg: pojedynczy pokój: 6 – 15 USD
Nocleg wyższy standard własna łazienka: 15 – 30 USD.
Posiłek w restauracji: 4 – 7 USD.
Benzyna: 1,3 – 1,5 USD za galon.
Diesel: 1 USD za galon.

środa, 28 stycznia 2015

Otavalo



Otavalo, niewielka mieścina położona u stóp wulkanu Imbabura słynie z największego w całej Ameryce Południowej targu. Niezliczone ilości tekstyliów, rzeźb, obrazów i wszelkiego rodzaju lokalnych wyrobów czynią z targu zwanego tutaj Plaza de los Ponchos wielogodzinną rozrywkę. Dojechaliśmy tutaj w piątek. Targ nie powalał na kolana ale tylko dlatego, że tak naprawdę rozrasta się on tutaj w soboty. Dziś jedynie wyszliśmy sobie na spokojnie pozwiedzać kramy i zobaczyć co można zakupić. W jednym z nich wypytywali nas czego szukamy – Chupacabry – odpowiadam. Kika mężczyzn zaczęło myśleć. Podobno nie znają tutaj takiego stworzenia. Ale – jeden odpowiedział – znamy Chupahombre. Po czym cała czwórka ryknęła donośnym śmiechem. Kobietom w towarzystwie jednak nie do końca było do śmiechu i z politowaniem patrzyły na rozbawionych partnerów.

Otavalo słynie nie tylko z Plaza de los Ponchos. W sobotę odbywa się tutaj również lokalny targ zwierząt rozsławiony przez jeden z programów National Geographic. Aby zobaczyć najwięcej – należy wstać po piątej i przejść się 2 kilometry od centrum wzdłuż głównej ulicy do sporego placu u podnóża gór.

Świnie osiągały tutaj nadzwyczajne rozmiary.

Nie wszyscy pozwalają fotografować swoje zwierzęta.
 

Targ zwierząt to idealne miejsce by zobaczyć byki i konie w pełnym wzwodzie wskakujące na dopiero co „poznane” przedstawicielki płci pięknej swojego gatunku przyprowadzone przez innych rolników. Kilku innych prowadzi na smyczach olbrzymie, wypasione czarne świnie lub kilka mniejszych. W innej zagrodzie sprzedają kury i świnki morskie bezceremonialnie trzymając jedne i drugie za szyję i pokazując wszystkim przechodniom. Gdzie indziej można zobaczyć nawet kilka lam i olbrzymie puchate królicze kule. Trzeba jednak uważać. Zwierzęta tłoczą się jeden obok drugiego, a nieraz są to olbrzymie byki, które z łatwością mogłyby powalić nawet dużego mężczyznę. Jeden z miejscowych nawet mnie ostrzega przed swoim „podopiecznym”. Nie ma obaw – odpowiadam żartując – mój ojciec hoduje 3 metrowe byki i wskazuję dłonią wysoko nad głową mniej więcej gdzie miałby się ów stwór kończyć. Miejscowy patrzy z niedowierzaniem ale kiwa głową i pozwala się sfotografować w dowód uznania.










Przed południem wracamy na targ w centrum miasta. Nie jest to już ten sam targ co wczoraj – wypełniający jedynie centralny plac. Dziś rozrósł się na kilka przyległych przecznic w każdą stronę. Jest olbrzymi a setki osób krąży niczym sępy w poszukiwaniu najlepszego zakupu. Nawet ja się na chwilę zagubiłem wśród kramów. Dzisiaj okoliczne ulice pozamykane są dla ruchu samochodowego a na straganach znajduje się jeszcze więcej niż wczoraj ubrań, biżuterii, sztuki, muzyki, obrazów i wszelkiej maści pamiątek. Na szczęście niedługo mieliśmy pojechać w kierunku Kolumbii i musieliśmy wracać na dworzec.







wtorek, 27 stycznia 2015

Quito i Mitad del Mundo



Quito to miasto w którym mógłbym mieszkać. Jest naprawdę fenomenalne. Piękne, kolorowe, monumentalne. Wspaniałe otoczenie w postaci olbrzymich gór (tak naprawdę Quito znajduje się na zboczach czynnego wulkanu Pichincha) i kolonialna zabudowa. Quito to druga najwyżej położona stolica (po La Paz) na Świecie i jedyna, która jest bezpośrednio zagrożona aktywnym wulkanem. Ciekawostką jest, że centrum historyczne miasta było wzięte pod opiekę UNESCO jako Dziedzictwo Kulturowe wraz z historycznym centrum Krakowa 18 września 1978 roku. Kraków to również miasto partnerskie Quito. Większość świetnie zachowanych zabytków znajduje się właśnie tutaj: Carondelet Place, Katedra Quito, Kościół San Francisco. Na wzgórzu jakieś dwa kilometry dalej znajduje się gigantyczna Basilica del Voto Nacional. Na zbocza wulkanu Pichincha wjechać można kolejką linową i podziwiać wspaniałą, rozciągniętą panoramę miasta.

Hotel znaleźliśmy bardzo szybko. W starej zabudowie, obszerne pokoje i bardzo czyste łóżka. Jedynym mankamentem był niedziałający internet. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że pracownik na moją prośbę wspinał się na barierkę pięć metrów nad patio i ryzykował własnym życiem tylko po to by zresetować routery. Nic to niestety nie dało, ale wzbogaciło go o drobne doświadczenie wspinaczkowe. Myślę, że gdy już zszedł był mi wdzięczny ponieważ uczyniłem go człowiekiem odważniejszym.

Ciekawostką okolic Quito jest Mitad del Mundo. Połowa Świata. Umowne miejsce w którym przebiega równik. Ekwadorczycy zrobili z tego faktu lokalną atrakcję. Wybudowali planetarium i muzeum. Zgromadzili całkiem sporą ilość indiańskich artefaktów i totemów. Wybudowali repliki ich domów i poustawiali przedmioty związane z równikiem, które ku uciesze gawiedzi robią wrażenie na niezorientowanych w dziedzinie nauki.
Dojazd do Mitad del Mundo z centrum zajmuje około dwie godziny. Należy podjechać metrobusem na dworzec Ofelia i stamtąd przesiąść się w kolejny bus – który podwiezie nas pod samo muzeum Intinan. W autobusie znajduje się spora kolekcja ciekawych osobowości. W tym jeden chłopiec ze sporym tunelu w uchu. Patrzy jak by się czuł co najmniej dziwny. Mi osobiście takie tunele się nie podobają, ale świadom jestem że za parę lat zobaczymy na ulicach ludzi z ogonami, skrzydłami, pokrytymi łuską i z rogami. To już podoba mi się bardziej. W końcu będzie kolorowo i zabawnie. Nie wspominając już o dodatkowym bonusie - jakim będzie poziom irytacji wśród konserwatystów. Co do tuneli - znacznie fajniejsze niż w uchu byłyby tunele przez całe ciało. Przez brzuch czy ręce. Można by je upozorować na dziury po kulach i taka modyfikacja podczas chodzenia bez koszulki robiła by wrażenie nie tylko na kobietach. Pamiętajcie - pomysł był mój.

Dla mnie osobiście nie miało znaczenia czy zobaczymy dwa zlewozmywaki i jajko na gwoździu, ale dla mojej towarzyszki (zachęconej kiepskimi programami i płytkim rozumowaniem Cejrowskiego) był to numer jeden w Ekwadorze i musiałem się zgodzić. Oczywiście zostawiłem jej wszystkie sprawy logistyczne i marudziłem na każdym kroku, żeby nie miała zbyt łatwo. Zapewniam – nie miała. Koniec końców zanim dojechaliśmy do muzeum chciała mnie poćwiartować i rozglądała się za miejscem w którym mogłaby bezpiecznie pozbyć się ciała, ale przezornie utrzymywałem bezpieczny dystans i nie miała okazji.

Muzeum jest jednak ciekawsze niż można by się spodziewać. W cenie biletu dostaniemy opiekę lokalnego przewodnika i zobaczymy znacznie więcej niż tylko słynną linię równika. Jest tutaj kilka domów indian Wuaorani – znanych między innymi z umiejętności pomniejszania głów. Usuwali w tym celu czaszkę, zaszywali usta i oczy a następnie wypełniali rozgrzanymi kamieniami i piaskiem by ściągnąć skórę. Potrafili zmniejszyć głowy do wielkości ludzkiej pięści. Wiele oddałbym, żeby wypróbowali swoich umiejętności na niektórych polskich politykach.

Na koniec wizyty w muzeum mamy okazję obejrzeć słynne jajko na gwoździu (którego oczywiście nikt poza przewodnikiem nie potrafił na nim ustawić) i zlewozmywak z wiadrem obrazujący kierunek wypływu wody. Nie pamiętam co miało reprezentować jajko na gwoździu, ale zlew wyraźnie pokazuje, że na półkuli północnej podczas spuszczania z niego wody tworzy się wir o przeciwnym kierunku niż w zlewie ustawionym na półkuli południowej. Dokładnie na równiku woda wypływa spodem nie tworząc żadnych zawirowań. Można by pomyśleć – czary. Jednak za całą ciekawostkę odpowiada ukształtowanie podłogi w tym miejscu, która opada z dwóch stron w kierunku rzekomo wyznaczonego równika. Bezcenny jest widok dziesiątek turystów dyskutujących nad przyczynami takiego stanu rzeczy i obserwacja przewodnika, który tylko niepozornie się uśmiecha podziwiając ignorancję „wykształconych” Europejczyków.